[ Pobierz całość w formacie PDF ]
i chociaż pracowała godzinami, nie dostrzegła nawet jego
śladu. W latarni panowała cisza.
Pewnego dnia po przybyciu na miejsce nie zauważyła
jego łodzi. Nie wrócił z wyprawy, nawet kiedy skończyło
się dobre do malowania światło. Kusiło ją, żeby zejść w dół
po stromej skale i przejść się po plaży, na którą ją kiedyś
zabrał. Przekonała się jednak, że chyba łatwiej przyszłoby
jej wejść bez zaproszenia do jego domu, niż bez jego wiedzy
zapuścić się w jego ulubiony zakątek. Nawet gdyby pra
gnęła tam malować, nie zdobyłaby się na to.
Malowała w spokoju, przekonana, że skoro już mu po
kazała, na co ją stać, nie będzie więcej o nim myślała. Ale
powstający na płótnie obraz sprawiał, że nie mogła wyrzucić
Granta ze swoich myśli. Nigdy już nie będzie mogła patrzeć
na ten krajobraz, czy to w rzeczywistości, czy na płótnie,
i nie widzieć jego postaci. Ten kawałek ziemi należał do
niego, jakby on sam był jego częścią.
Rozprowadzając farby, czuła siłę jego osobowości
i wyzwanie, jakie jej rzucał, nawet kiedy jej się wyda
wało, że maluje jedynie nastroje emanujące z otaczającej
jÄ… natury.
88 NORA ROBERTS
Z zaskoczeniem odkryła, że choć samego Granta na jej
obrazie nie było, przeniosła na płótno odbicie jego duszy.
Nie zrobiła tego celowo. Po prostu nie miała wyboru.
Ta świadomość coraz mocniej popychała ją do stworze
nia czegoś niezwykłego, pełnego wyrazu i siły. Malowanie
wprawiało ją w rodzaj transu. Czuła, że jej przeznaczeniem
jest namalowanie tego pejzażu, i to w doskonały sposób.
Wiedziała też, że kiedy skończy, podaruje obraz Grantowi.
Do nikogo innego nie mógłby należeć.
Nie będzie to, oczywiście, oznaka uczucia ani propozycja
przyjazni. Tak po prostu należało postąpić. Nie byłaby w sta
nie z czystym sumieniem sprzedać tego płótna. A gdyby je|
sobie zatrzymała, prześladowałoby ją. Tak więc przed wy
jazdem z Windy Point podaruje mu je. Może wtedy wspo-
mnienie o niej będzie prześladowało Granta?
Co rano budziła się z przemożną chęcią zakończenia pra
cy nad obrazem. Musiała świadomie zwalniać tempo, po
nieważ nie mogła dopuścić, żeby jakikolwiek szczegół po
został niedopracowany. Wiedziała, że powinna pracować
wolno, żeby wchłonąć wszystko, co ją otaczało, i przenieść
to na płótno. Popołudniami zmuszała się do zakończenia
pracy. Nie chciała pracować dłużej, niż nakazywał rozsądek
i pozwalało najodpowiedniejsze światło.
Naszkicowała swoją zatoczkę i przygotowała się do na
malowania akwareli. Nie mogła doczekać się ranka, bo wte
dy wreszcie będzie mogła wrócić nad wzburzone morze,
pod latarniÄ™.
Nie potrafiła spokojnie usiedzieć w domu, więc poje
chała do miasteczka. Nadszedł czas na sporządzenie kilku
szkiców w tamtejszych plenerach i podjęcie decyzji, w ja-
PRAWDZIWA SZTUKA 89
kiej technice i co namalować. Chciała też spotkać jakichś
ludzi, żeby wreszcie oderwać myśli od Granta.
Wczesnym popołudniem w Windy Point panowała senna
atmosfera. Aodzie wypłynęły na morze, a mgliste, letnie po
wietrze drżało gorącem. Gennie spostrzegła kobietę, która
łuskała na ganku fasolę, a jej małe dziecko siedziało na pod
wórku i obrywało płatki z gozdzika.
Zaparkowała samochód na końcu ulicy i dalej ruszyła
piechotą. Naszkicuje domy i ogrody, zapamięta sobie, jakie
wywarły na niej wrażenie, żeby potem móc to namalować
w świeży, naturalny sposób, postanowiła.
To był zupełnie inny świat niż ten wokół Windy Point
Station, ale również inny niż spokojna zatoczka przy jej
domu. Jednak w jakiś szczególny sposób te trzy światy łą
czyły się w jedną całość. Wszystkie pozostawały pod wpły
wem morza.
Krążyła po miasteczku, zadowolona, że tu przyjechała,
chociaż otaczały ją obce głosy i twarze. Zapamięta to miasto
o wiele lepiej niż wszystkie inne, które odwiedziła podczas
podróży po Nowej Anglii. Mimo to cały czas czuła, że wzy
wa ją morze i człowiek, który nad nim mieszkał.
Kiedy znów go zobaczy? Musiała przyznać się sama
przed sobą, że za nim tęskni. Brakowało jej srogich min
i szorstkich słów, szybkich uśmiechów i niespodziewanych
iskierek rozbawienia w jego oczach. I chociaż do tego naj
trudniej jej się było przyznać, tęskniła do wybuchów na
miętności, jakie w niej tak nagle wywoływał.
Opierając się o ścianę budynku, zastanawiała się, czy ist
nieje gdzieś inny mężczyzna, który tak by na nią działał.
Nigdy nie szukała rycerza w lśniącej zbroi. Tego typu
90 NORA ROBERTS
mężczyzni oczekiwali, że kobieta będzie przy nich bezradną,
wątłą istotką, a udawanie kogoś takiego sprawiłoby Gennie
zbyt dużo kłopotu. Grant Campbell nigdy nie starał się być
rycerski, a mdlejące kobieciątka pewnie tylko go denerwowały.
Parsknęła śmiechem na wspomnienie ich pierwszego
spotkania. Nie, na pewno nie wzruszała go skrzywdzona
przez los bezbronna istotka. Z drugiej jednak strony wcale
nie marzyła o potworze w ludzkiej skórze, a Grantowi nie
daleko było do tej kategorii.
Potrząsnęła głową i nagle uświadomiła sobie, że nie tyl
ko myślała o Grancie, ale na dodatek bezwiednie naszki
cowała jego portret. Krytycznie przyjrzała się rysunkowi
w szkicowniku. Dobrze oddane podobieństwo, zadecydo
wała po chwili. Doskonale uchwyciła pociągła twarz ze
zmarszczonymi brwiami, arystokratyczny nos i niesforne
włosy. I usta...
Nie zaskoczyło jej, że zareagowała na nie tak emocjo
nalnie, ale wcale nie była z tego zadowolona. Narysowała
jego usta takie, jakimi je widziała tuż przed pocałunkiem,
kiedy były zmysłowe i bezwzględne zarazem. Tak, nadal
czuła ich niezwykły smak, tutaj, w środku spokojnego mia
steczka, gdzie pachniało rybami i więdnącymi kwiatami.
Starannie zamknęła szkicownik. Lepiej będzie, jeśli po
przestanie na szkicowaniu domów i ogrodów. W końcu po
to tu przyszła. Zatknęła ołówek za ucho i poszła na drugą
stronę ulicy, na pocztę. Chudy nastolatek, którego zapamię
tała ze swego pierwszego pobytu w miasteczku, znów wpa
trzył się w nią z zachwytem, kiedy przekroczyła próg.
Uśmiechnęła się do niego, podchodząc do lady, a grdyka
chłopaka zaczęła podskakiwać nerwowo.
PRAWDZIWA SZTUKA 91
- Will! - Pani Lawrence z rozmachem położyła na la
dzie kilka listów. - Zabierz pocztę dla pana Fairfielda i wra
caj do sklepu, jeśli nie chcesz stracić pracy.
- Tak, proszę pani. - Zebrał listy, nie odrywając wzroku
od Gennie. Przez nieuwagę upuścił je na ziemię, a kiedy
schyliła się i pomogła mu je zebrać, zaczerwienił się i zaczął
coś bezładnie mamrotać.
- Will! - powtórzyła pani Lawrence głosem zniecier
pliwionej nauczycielki. - Poskładaj te listy i wracaj do
sklepu.
- Został jeszcze jeden - powiedziała łagodnie Gennie
i podała mu kopertę, a Will aż otworzył z zachwytu usta.
Nie odrywajÄ…c od niej wzroku, na niepewnych nogach wy
szedł ze sklepu.
Pani Lawrence zaśmiała się rozbawiona.
- %7łeby tylko nie potknął się o krawężnik.
- Zdaje się, że powinno mi to pochlebiać - stwierdziła
Gennie. - Nie przypominam sobie, żebym na kimkolwiek
zrobiła tak wstrząsające wrażenie.
- To trudny wiek dla chłopaka, kiedy zaczyna zauważać,
że płeć przeciwna jest trochę inaczej zbudowana.
Gennie ze śmiechem oparła się o ladę.
- Chciałam pani jeszcze raz podziękować za wizytę.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]